Historii kilka z życia Pani Domu
Kategorie: Wszystkie | O mnie | Z życia wzięte
RSS

Z życia wzięte

piątek, 29 marca 2013

Wesołych, rodzinnych Świąt Wielkanocnych życzę wszystkim odwiedzającym mój blog.

Niech ten Świąteczny czas będzie wesoły, rodzinny i smaczny.

 

U nas Święta w tym roku ze śniegiem za oknem i chorobami w tle. Cóż, tak też bywa, nie tracimy humorów, tylko sił brak:)

sobota, 23 marca 2013

Głos. Wydobywa się z gardła. Służy do komunikowania się. Jest. Po prostu jest. A co kiedy go nie ma? Wstajesz rano, chcesz powiedzieć swojej rodzince 'Dzień Dobry' z uśmiechem na ustach, szczęśliwa, że się wyspałaś i nie możesz powiedzieć ani słowa...

Taki poranek miałam dzisiaj ja. Wstałam i głosu niet. Nic, zero. Kierunek kuchnia. Gorąca herbata, łyk tego ciepłego naparu, próba wydania z siebie dźwięku. Nic, tylko jakiś taki wymuszony, skrzypiący szept. W gardle 'kluska', powietrza brak jakoś...Oki, ciepła herbata nie pomogła to łyk chłodnej wody. Próba głosu - dalej to samo. Na czole krople potu, ogólne osłabienie. Powrót do łóżka. Dobrze, że dzisiaj sobota i Moonsz w domu. Wstał, zrobił śniadanie, zajął się chorymi dziećmi (oboje od tygodnia w domu z infekcjami), posprzątał i obiad ugotował. Zwlokłam się z łóżka około szesnastej. Próba głosu wypadła źle. Nadal nic. Decyzja - jedziemy do przychodni.

W przychodni świadczącej pomoc weekendową tłum. Większość z dziećmi. Jak zobaczyłam te kilkanaście osób od razu chciałam wracać do domu i jakoś się wykurować. Na szczęście okazało się, że dla dorosłych jest osobny lekarz i odrębna kolejka,w której nie czekał nikt. Weszłam do gabinetu. Badanie, próba głosu. Decyzja - dostanę zastrzyk w przychodni a do domu dodatkowe leki. Udałam się do zabiegowego. Zastrzyk nawet do zniesienia. I tu nastąpił 'cud'-nie minęło kilkanaście minut i głos wrócił. Mogłam wydać z siebie dźwięki. Jaka byłam szczęśliwa. Mówić i oddychać bez wysiłku to naprawdę wielka ulga. Na co dzień się nad tym nigdy nie zastanawiałam - głos i oddech jest po prostu.

Od tego 'cud-zastrzyku' minęło kilka godzin i znowu zaczynam 'skrzypieć'. Ulga była krótkotrwała. Nie jest źle, ale nie jest dobrze...Kto zabrał mój głos?!

P.S. Przy okazji tego wpisu chciałam podziękować i usprawiedliwić się...:) Jakiś czas temu zostałam zaproszona do zabawy przez żonę.domową i żonę.oburzoną - dziękuję, moje 'ego' zostało mile pogłaskane. Kilka dni minęło a ja ciągle 'w lesie' z odpowiedziami, z pytaniami, ze wszystkim...Nie przerywam tego łańcuszka, tylko na kilka chwil odraczam jego realizację, do czasu aż cała zainfekowana dwójka potomków wróci do stanu 'nie marudzenia, nie cierpienia, nie wymagania opieki ciągłej, nie potrzebowania głaskania, mierzenia temperatury' i tego wszystkiego, co sprawia, że czasu mam mniej niż zwyczajnie.

czwartek, 21 marca 2013

Poranny, pierwszy łyk gorącej, czarnej kawy zrobiłam patrząc przez okno na sypiący śnieg. Płatki mniejsze, większe, średnie i całkiem malutkie. Leniwie spadały z nieba i z wielką gracją układały się na śniegowej kołderce, którą utworzyły w ciągu ostatnich trzech dni. Niebo przykryte chmurami. Cisza, spokój, biel niczym nie ubrudzona aż po horyzont. Zza okna widok jak z pocztówki. I gdzieś na wprost mnie, na polu, które jeszcze się uchowało w tej zabudowanej po brzegi okolicy,  małe stadko saren - sztuk siedem.Kopały w śniegu w poszukiwaniu jedzenia, wyjadały to, co znalazły. Zajęte sobą, pewne, że nikt im nie zagraża. Okolica spała, czuły się bezpiecznie.

Stałam przy oknie z kubkiem kawy w ręku bacznie obserwując to, co działo się tak daleko, ale jednak blisko mnie. Sarny chodziły z miejsca na miejsce, kopały, wyjadały, podchodziły jedna do drugiej, chwilę stały razem, po czym się rozchodziły i kontynuowały poszukiwania - wyglądało to tak, jakby ze sobą rozmawiały.

Lubię poranki z kubkiem kawy w ręku...

poniedziałek, 18 marca 2013

Czas spędzony w samochodzie z dziećmi to czas bardzo, ale to bardzo interesujący w nowe doświadczenia w konwersacji. Każdy dzień to nowe sprawy do omówienia, nowe ciekawostki, stare smuteczki, nowe radości.

- Mamo, a jak będziesz babcią to urodzisz kogoś? - czterolatka pyta.

- Nieee, nie urodzę - odpowiadam zgodnie z prawdą.

- Eeee, szkoda...- zrezygnowany, ściszony głosik córki dotarł do mych uszu. Postanowiłam temat 'pociągnąć', żeby dowiedzieć się czegoś więcej.

- Dlaczego szkoda córeczko? - pytam z zainteresowaniem.

- Noooo szkoooodaaaa.... - odpowiada zdawkowo i milknie.

- A kogo miałabym urodzić jak będę babcią? - dopytuję nadal.

- Na przykład dziadka - córka z powagą i entuzjazmem odpowiada. - Przecież mama rodzi dziecko a babcia dziadka. Urodzisz mi dziadka?

Tagi: pani domu
11:02, pamietnikpanidomu , Z życia wzięte
Link Komentarze (3) »
niedziela, 17 marca 2013

Nie pisałam. Miesiąc minął od ostatniego dzieła mego blogowego. Czasami tak bywa, że choćby się chciało to nie ma jak.

Ostatnimi czasy komputer mi wariował. Piszę sobie coś a on mi naraz hyc i niebieski ekran ze znakami dziwnymi pokazywał. Chwileczkę to trwało, po czym czarno, wyłączał się i włączał. Po kilku takich akcjach postanowiłam zanieść komputer do fachowca.Wcześniej przygotowałam się. Zgrałam do jednego katalogu wszystko, co cenne dla mnie. Jeden katalog a w nim podkatalogi. W tych podkatalogach dokumenty, zapiski, zdjęcia. Zdjęcia mniej i bardziej ważne oraz te najważniejsze - zdjęcia dzieci, zdjęcia z rodzinnych wyjazdów, zdjęcia najbliższych.

Wizyta u doktora komputerowego umówiona. Pojechałam, weszłam. Pana, który się ze mną umówił nie było, ale miła Pani zaproponowała, że przyjmie komputer. Druczki, kwitki - wypełnione, podpisane.Kilka godzin później dzwoni Pan 'naprawiacz':

- Dzień dobry, trzeba formatować dysk i na nowo zainstalować system. Co mam zgrać, jakie pliki zabezpieczyć?

- Wie Pan, utworzyłam taki katalog z dokumentami o nazwie MOJE. Proszę to zgrać. Acha, i pocztę proszę też zgrać. - tłumaczę.

- Dobrze. To za jakieś 2 godzinki zapraszam po odbiór.

Zgodnie z umową pojawiłam się po odbiór. Komputer jak nowy, pliki zgrane z dysku C na dysk D. Rozliczenie, rachunek, pożegnanie. Komputer przywiozłam do domu, uruchomiłam. Na dysku D były dokumenty z katalogu MOJE. Katalogów ze zdjęciami, filmami - nie było. Ciepło mi się zrobiło. Spokojnie, na pewno są. Muszę tylko sprawdzić na dysku C. Sprawdzam - nie ma. Jeszcze raz na D - nie ma. Kolejny raz na C - no nie ma! Spokojnie, dysk D....muszę dokładnie sprawdzić dysk D....- myślę. Sprawdzam powolutku, dokładnie, żeby niczego nie przeoczyć. Nie ma! Nie ma!

- Dzień dobry Panie Tomku. Właśnie uruchomiłam komputer i wie Pan, na dysku D nie ma moich wszystkich dokumentów. Z katalogu MOJE zgrały się tylko pliki tekstowe, ale nie ma zdjęć, filmów.... - mówię a Pan Tomek mi przerywa mówiąc:

- Noooo tak, bo Pani powiedziała, że dokumenty z MOJE mam zgrać, więc zgrałem tylko dokumenty. Reszty nie...- ścisza głos.

- Nie? Jak to nie? - nie wierzyłam w to, co słyszę.

- Noooo niiiieeee - pan Tomek coraz ciszej.

- I co teraz? - z niedowierzaniem i rezygnacją w głosie pytam.

- Teraz? Teraz....teraz to nic już nie zrobię....dysk sformatowałem...- pan Tomek mówi a ja mam przed oczami ciemność. Słabo mi się zrobiło, usiadłam. - Można labolatoryjnie odzyskać dane, specjalnymi programami, ale my nie mamy takich. - mówi dalej a ja coraz słabiej słyszę, co mówi. - Najbliżej można to zrobić w Dużym Mieście, ale to koszty wysokie... - zawiesił głos.

Komputer wyjechał do dużego miasta na odzyskiwanie danych na kilka tygodni. Wrócił już, ale z tego, co dla mnie było w nim najcenniejsze, niewiele udało się odzyskać. Bardzo niewiele. Na samo wspomnienie znów cisną się do oczu łzy. Łzy jednak nie cofną tego, co się wydarzyło. Łzy tylko sprawiają, że teraz wszystkie zdjęcia zgrywam od razu na inne nośniki, które przetrwają...A my musimy żyć już tylko ze wspomnieniami zapisanymi w głowie...Mam do siebie ciągle żal...

piątek, 15 lutego 2013

Jakiś czas temu skończyłam czytać książkę. Ponoć było o jej autorce głośno kilka lat temu. Ja ten medialny szum przegapiłam, więc do książki otrzymanej od teściowej mej ukochanej zasiadłam jak do każdej innej. Dopiero w trakcie czytania zostałam uświadomiona, że autorka wszystko to, co opisała w książce, przeżyła w 'realu'. 

Książkę czytało mi się lekko, przyjemnie. Do poduszki idealna, sporo ciekawych wątków, barwnych opisów. Nie jest to jednak książka, od której nie mogłam się oderwać, więc przeczytanie przygód autorki zajęło mi kilka wieczorów. Dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami moimi odczuciami po lekturze.

Moje pierwsze wrażenie - niesamowita przygoda. Sądziłam, że to fikcja literacka, fajna fabuła, historia wymyślona, ale na tyle ciekawie przedstawiona, że była interesująca. Kiedy już miałam wiedzę, że książka to opis prawdziwych wyborów i prawdziwego życia pomyślałam "Wow, niesamowita przygoda". Niesamowite dla mnie jest to, że są ludzie, którzy potrafią, chcą i mogą zrobić coś, co w ogólnym, europejskim pojmowaniu świata jest totalnie 'odjechane'. Coś takiego 'odjechanego' zrobiła właśnie ta kobieta. Szwajcarka - Corinne Hofmann - która podzieliła się ze światem tym, co przeżyła jako Biała Masajka, żona masajskiego wojownika. 

W internecie przeczytałam sporo słów krytyki skierowanych do autorki - że nieodpowiedzialna, że szalona, że to, co zrobiła to objaw skrajnej głupoty, że nie kochała tylko kierowała się żądzą, że swoim postępowaniem ośmieszyła masajskiego męża i wiele, wiele innych słów, które są oceną życia drugiego człowieka. To takie typowe...wiemy lepiej, co kto czuje lub powinien czuć, wiemy lepiej jak trzeba żyć, wiemy lepiej, co robić, wiemy lepiej co jest skrajną głupotą a co nie, wiemy, jak byśmy postąpili na jej miejscu...Ja nie wiem, więc nie mam zamiaru oceniać autorki "Białej Masajki".

Cieszę się, że są gdzieś na świecie ludzie, którzy robią w życiu coś niestandardowego, dzięki czemu mają szansę zobaczyć, przeżyć coś innego niż ja. Cieszę się również, że potem swoje wspomnienia spisują a ja mogę o tym przeczytać, niejako "zobaczyć" jak żyją ludzie innych kultur, z czego czerpią siłę, radość, co ich ogranicza, itp. Cieszę się, że książki takie jak "Biała Masajka" powstają i pozwalają mi odprężyć się przed snem po całym dniu. 

O ile historię Corinne Hofmann polecam do przeczytania jako interesującą lekturę do poduszki, to już kompletnie nie mogę polecić filmu, który powstał na podstawie tej książki. Obejrzałam ekranizację już po przeczytaniu książki, z czystej ciekawości. I tu rozczarowanie. Wiele wątków pominiętych, wiele kwestii tylko 'liźniętych'. Film nijaki, zupełnie mnie nie zainteresował. Obrazy, który miałam w głowie podczas lektury były ciekawsze niż te, które obejrzałam w filmie. Cieszę się, że miałam okazję najpierw przeczytać a dopiero potem obejrzeć historię Białej Masajki. Jestem przekonana, że nie sięgnęłabym po książkę, gdybym obejrzała film jako pierwszy. 

Jeżeli szukacie przyjemnej lektury do poczytania to polecam. I choć Biała Masajka istnieje naprawdę spróbujcie potraktować jej historię jako ciekawostkę...

środa, 13 lutego 2013

Mimo, że nie lubię zimy to lubię oglądać śnieg padający z nieba...taki jak dzisiaj...grube, mięsiste płatki... lecą z nieba delikatnie opadając na puchową kołderkę, którą same stworzyły. Lubię w takich momentach być w domu, trzymać w rękach kubek z gorącą herbatą i zza okna obserwować taniec płatków śniegu. Tak jak teraz...

Niczym nie zmącony obraz. Wszystko zostało zakryte białym puchem. Jest sielsko i anielsko. Biel pięknie kontrastuje z kolorami domów w okolicy. Z nieba spadają białe, grube płatki a między nimi do góry unosi się dym z kominów okolicznych nieruchomości. Żałuję, że nie mam pod ręką aparatu fotograficznego, uwieczniłabym ten ulotny moment na karcie 'esde'.

Śniegowe poduchy na gałęziach drzew, śniegowa pokrywa na okolicznych polach. Ten piękny obrazek za oknem mnie rozczula w jakimś sensie. Dziwne, że dopiero teraz dostrzegłam to, co piękne jest w śniegu. Warto czasami się zatrzymać, spojrzeć na świat tak leniwie, z kubkiem w ręku....

 

poniedziałek, 11 lutego 2013

Sprzątanie. Czynność, która istnieje w naszym życiu czy chcemy czy nie chcemy. Musimy posprzątać niezależnie od tego, czy lubimy sprzątać czy nie. Źle piszę, wcale nie musimy! Tylko czy da się żyć bez sprzątania? 

Skąd takie rozważania? Zainspirowała mnie do tego koleżanka, która zapytała mnie jak często sprzątam i zmieniam pościel. Ot, takie pytanie w jej głowie powstało, kiedy mąż jej osobisty stwierdził, że mieszkanie zakurzone, że aż w nosie kręci a pościel nieładnie pachnie i mogłaby częściej ją prać. Pościel zmienia raz na kwartał, kurze ściera raz na miesiąc a podłogi myje też średnio raz na miesiąc. 

Właśnie ciekawa jestem jak często sprzątacie? Czy sprzątanie jest codziennością, normalnością, czynnością, która funkcjonuje obok innych czy może nielubianym obowiązkiem przesuwanym w czasie tak długo jak się da? Czy bez sprzątania da się żyć? Podzielcie się swoim doświadczeniem, odczuciami, zdaniem, co sądzicie o sprzątaniu? Sprzątacie sami, z mężem, dziećmi czy może sprząta KTOŚ, bo macie takie możliwości?

Żeby była jasność - dla mnie sprzątanie jest czynnością, które jest gdzieś obok innych. Nie zastanawiam się czy mam posprzątać czy nie, po prostu sprzątam. Lubię mieć świeżo i czysto, więc sprzątam. Nie biegam jednak ze ściereczką cały dzień. Sprzątanie w naszym domu to czynność wykonywana przez wszystkich domowników. Nie ma grafiku, podziału zadań. Pościel zmieniam w zasadzie wtedy, kiedy jest potrzeba, ale jak się tak zastanowiłam to nie rzadziej niż raz na dwa tygodnie. Cała nasza czwórka lubi spać w pachnącej pościeli a zapach utrzymuje się nie dłużej niż te dwa tygodnie.

Z pełną odpowiedzialnością stwierdzam, że bez sprzątania da się żyć, ale ja nie mogłabym żyć w bałaganie:) Sprzątanie zatem jest dla mnie zwyczajną czynnością, dzięki której funkcjonujemy w pachnącej, przyjemnej przestrzeni domowej:)

 

czwartek, 31 stycznia 2013

Staramy się z Moonszem przekazać własnym dzieciom, że każdy ma prawo do szacunku i takie tam 'dyrdymały' - jak mówi seniorka rodu Moonsza. Prawdy mniej lub bardziej wartościowe staramy się przekazać słowem, czynem, przykładem. Cieszymy się z każdego przebłysku zdobytej wiedzy w zachowaniu dzieci, ale jednocześnie zastanawiamy się czy w dzisiejszym świecie nie skazujemy własne pociechy na bycie nieprzystosowanymi wrażliwcami wśród otaczającego 'cwaniactwa'....Nasze dzieci - niestety lub stety - rozpychać łokciami się nie potrafią...są zawieszone między dwoma światopoglądami....

W klasie synka jest dziewczynka, która ma niepełnosprawną siostrę z porażeniem mózgowym. Jakiś czas temu dzieci z klasy synka przygotowały przedstawienie dla rodziców. Przyszły całe rodziny, w tym Mama z niepełnosprawną dziewczynką. Nie oszukujmy się, dziecko z porażeniem mózgowym wygląda troszkę inaczej niż dziecko zdrowe, zachowuje się inaczej. Dzieci były tak rozproszone widokiem chorej dziewczynki, że przedstawienie 'się nie kleiło'. Dzieci zamiast skupić się na swojej roli, na tym, co maja powiedzieć, nieśmiało zerkały na dziewczynkę, na to co robi, jak się zachowuje, zapominając tekstu, który miały powiedzieć. O ile dzieciom rozkojarzenie wybaczyć można o tyle rodzicom już raczej nie....i pozostawię to bez komentarza.  

Nasz synek (córka zresztą też) w jakimś sensie obyty jest z dziećmi niepełnosprawnymi. Ma z nimi do czynienia okazjonalnie, ale ma. Nie boi się, nie traktuje jak zjawisko. Podczas spotkań bardziej wchodzi w role opiekuna, kogoś, kto może pomóc. Tak było i podczas tego szkolnego spotkania. Zanim przedstawienie się rozpoczęło, synek podszedł do wózka, na którym siedziała niepełnosprawna dziewczynka i podał jej taką papierową zabawkę "niebo-piekło", zagadał do niej. Tak zupełnie sam z siebie. Od razu spotkał się z odzewem ze strony niektórych kolegów "Ej, dlaczego Ty z Nią rozmawiasz?", "Nie boisz się Jej?". Tego typu pytania przyjął bardzo naturalnie i tak samo naturalnie na nie odpowiedział. Złamał się dopiero kiedy w kolejnych dniach koledzy zaczęli Go odpychać od zabaw stwierdzając "Idź, pobaw się z tą pokręconą siostrą Aśki". W takich chwilach zderza się Jego postrzeganie świata (wg nauki rodziców) z rzeczywistością, która go otacza. "Mamuś, mówiłaś, że każdego trzeba szanować a chorym pomagać. Ja chciałem być dobry dla chorej dziewczynki. A koledzy mówią, że to nie fajne, że się jej brzydzą". Sporo rozmów i rad, jak może postępować w takich sytuacjach zadziałało na tyle, że 'odzyskał' kolegów, ale bywa, że ta jedna sytuacja przypominana jest okazjonalnie przez kolegów....i wtedy na nowo temat 'boli'.

Inna sytuacja też szkolna. W klasie jest chłopczyk o dość sporej tuszy. Mówiąc potocznie - jest gruby. Bardzo sympatyczne dziecko, z sercem na dłoni, bardzo otwarty. Nasz synek bardzo Go lubi, spotykają się czasami, dzwonią do siebie. Nie jest przyjacielem, ale dobrym kumplem. Jakiś czas temu byłam świadkiem rozmowy syna z innym kolegą z klasy:

- Wiesz, że w sobotę przyjdzie do mnie Tomek? Może tez mógłbyś przyjść?

- Ten grubas przychodzi do Ciebie?

- Nie mów tak na Niego. Tomek jest fajny.

- Ale jest gruby, ma wielki brzuch i ledwo biega.

- To nic, ale jest fajny.

- Eeee, ja tam Go nie lubię.

- Dlaczego?

- Jest gruby.

- A Ty jesteś chudy. Przyjdziesz?

- Nie wiem.

Pochwaliłam synka za postawę. Byłam z Niego dumna, dumna z tego, że stanął w obronie kolegi. Na moje pochwały odpowiedział "Mamuś, przecież zawsze mi mówisz, że mam nie oceniać książki po okładce. Ja Tomka lubię. Przykro mi było, że Maciek tak o nim mówi". Szczerze się wzruszyłam....a moje wzruszenie przeszło w niepokój za kilka dni, kiedy synek wrócił ze szkoły ze smutną minką i powiedział:

- Mamo, chłopaki się ze mnie śmiali dzisiaj. Mówili, że jestem z Tomkiem jak Flip i Flap.

- A co to znaczy?

- Nie wiem, ale się śmiali z tego, że bawię się z Tomkiem, bo On jest gruby.

Syn nie należy do tych, którzy łokciami i słowem bronić się potrafią, choć bywa, że głosem rozsądku potrafi zbić z tropu kolegów...na krótko...Po czasie 'obrywa' rykoszetem i wtedy już słowna obrona nie wychodzi a pozostaje niesmak, smutek i poczucie odrzucenia przez grupę, na której Mu zależy. Zaczyna zastanawiać się (całe szczęście na głos, więc wiem co Go trapi) czy nie lepiej być cwanym:

"Mamo, wiesz, chyba nie będę się chwalił, że przychodzi do mnie Tomek".

- Dlaczego?

- Aaa, bo potem znowu się będą śmiać, że bawię się z Tomkiem, bo On jest gruby.

Kilka sytuacji w szkole tego typu i zaczynamy rozważać, czy krzywdy dzieciom nie czynimy...wszak oboje pobierają takie same nauki od nas, rodzicieli. Widzę, jak dotyka syna to, z czym spotyka się w życiu szkolnym, tym bardziej, że nauka rodziców nie zawsze jest powszechnie uznawana przez środowisko rówieśnicze. Zaczyna dostrzegać, że lepiej mieć niż nie mieć, że jak chcesz być fajny w klasie to musisz się pochwalić czymś, co jest fajne. Grubsze, chudsze, inne - jest w mniejszości. My tłumaczymy, rozmawiamy, wskazujemy przykłady...

Wszak nie można książki oceniać po okładce, ale czy czasami nie lepiej przeczytać popularną pozycję aby mieć o czym porozmawiać? Czy nie wychowujemy wrażliwca nieprzystosowanego do życia w świecie, w którym modne jest być 'trendi'? Czy kręgosłup, w który wyposażamy nasze dzieci pozwoli im teraz i kiedyś funkcjonować bez bólu i garba na plecach? 

No nikt nie mówił, że rodzicielstwo jest łatwe, ale jak wychowywać, aby krzywdy nie robić...

niedziela, 27 stycznia 2013

Jest nas więcej...

W naszych skromnych progach pojawiła się niesforna dwójka - Bąbelek i Szaruś. Bąbelek czarniutki, Szaruś - popielaty. Jeden troszkę większy, drugi musi więcej jeść aby dorównać pierwszemu. Jeden nieśmiały, drugi temperamenty. Obaj jednak jeszcze nieufni...

Mamy chomiki. Wybór padł na syryjskie. Śliczniutkie są. Potrzebują czasu na zapoznanie się z nowym otoczeniem, z nami. Ze spokojem podejmujemy próby oswojenia chomików. Cierpliwie czekamy aż poczują, że mogą nam zaufać. Na razie nie chcą wejść na rękę, nie chcą nawet wziąć smakołyka od nas z ręki. Musimy czekać. 

Klatki zakupione dwie - dla każdego chomika osobna. Dwie różne i już zauważamy ich wady i zalety:) Gdybym teraz miała ponownie kupić klatkę to wybrałabym dwie jednakowe - oczywiście te, które są wygodniejsze w użyciu dla nas. Obie są naprawdę duże, więc chomiki mają dużo przestrzeni do życia. 

Obym za jakiś czas nie musiała ich szukać pod meblami:)

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12
Tagi